Dlaczego porowatość włosów nie ma nic wspólnego z jakością, ale wszystko z pielęgnacją

Dlaczego porowatość włosów nie ma nic wspólnego z jakością, ale wszystko z pielęgnacją

Pojęcie porowatości włosów na przestrzeni ostatnich lat przekształciło się w jeden z najważniejszych wyznaczników "właściwej" pielęgnacji. Tysiące artykułów, filmów na YouTube i rekomendacji influencerów sugeruje, że dopóki nie poznamy dokładnego stopnia otwarcia łusek naszych włosów, skazani jesteśmy na porażkę. Powstała cała branża produktów dedykowanych konkretnym typom porowatości, budując przekonanie, że to właśnie ona decyduje o sukcesie lub klęsce każdej rutyny. Jednocześnie niewiele osób zastanawia się, czym tak naprawdę jest ta porowatość, skąd się bierze i dlaczego włosy o różnej strukturze mogą potrzebować całkowicie odmiennej uwagi – a czasem wręcz przeciwnie.

Porowatość to fizyczna właściwość włosa związana ze stanem jego zewnętrznej warstwy – kutikuli. Każdy włos składa się z kilku warstw, z których najbardziej zewnętrzna przypomina strukturę dachówek. Kiedy te „dachówki" leżą blisko siebie, mówimy o niskiej porowatości. Kiedy są lekko uniesione – o średniej. Kiedy odchylają się wyraźnie lub są uszkodzone – o wysokiej. To opis mechaniczny, obiektywny, ale jego praktyczne konsekwencje są bardziej złożone niż przedstawiają to schemat kolorystyczny i trzy proste kategorie. Włosy o niskiej porowatości mogą być zdecydowanie trudniejsze w pielęgnacji niż te o wysokiej – a produkty dedykowane "niskiej porowatości" mogą w niektórych przypadkach sprawić więcej szkody niż pożytku.

Jednym z największych mitów jest przekonanie, że niska porowatość to synonim zdrowych, mocnych, lśniących włosów. W rzeczywistości to tylko opisanie stanu fizycznego łusek, a nie jakości włókna. Niska porowatość oznacza, że włosy są szczelnie zamknięte i trudno jest wprowadzić do ich wnętrza składniki aktywne. To sprawia, że mogą być odporne na działanie masek, olejków, proteinów czy humektantów. Mogą wyglądać na lśniące, ale jednocześnie być suche wewnątrz, pozbawione elastyczności, łamliwe przy próbach stylizacji. Wysoka porowatość, choć automatycznie kojarzona z uszkodzeniem, wcale nie musi oznaczać katastrofy. To często efekt wieloletniego farbowania, prostowania, suszenia suszarką, ale także naturalna cecha niektórych typów włosów – zwłaszcza kręconych lub grubych. Takie włosy wymagają więcej pielęgnacji, ale nie są „złe" czy „gorsze". Po prostu potrzebują innego podejścia.

Kluczowym problemem w popularnym rozumieniu porowatości jest stawianie jej na piedestale jako jedynego kryterium wyboru produktów. W praktyce o tym, jak włosy będą reagować na kosmetyk, decyduje znacznie więcej czynników: gęstość włókna, grubość pasm, poziom nawilżenia, balans białkowo-emolientowy, historia chemiczna, stan skóry głowy, dieta, poziom hormonów, częstotliwość mycia, sposób suszenia i stylizacji. Porowatość jest jedną z wielu zmiennych, a nie głównym parametrem. Dlatego dwie osoby o tej samej porowatości mogą potrzebować zupełnie innych kosmetyków – i osiągać zupełnie inne rezultaty.

Wiele osób błędnie określa własną porowatość na podstawie popularnych testów domowych. Najbardziej rozpowszechniony – test wodny, w którym włos zanurza się w szklance wody – nie ma żadnych podstaw naukowych i jest pełen błędów interpretacyjnych. Nie uwzględnia faktu, że włosy mogą tonąć z powodu osadów produktów, zatłuszczenia, nawet zwykłego brudu. Podobnie wizualne „poczucie" gładkości lub szorstkości łodygi nie jest precyzyjnym narzędziem diagnostycznym. Znacznie lepszym wyznacznikiem jest obserwacja, jak włosy reagują na produkty o różnym profilu: czy szybko się przetłuszczają, czy przeciwnie – wysychają; czy przyjmują stylizację, czy opierają się działaniu kosmetyków; czy łatwo się plączą, czy nie. To żywy, długoterminowy proces, a nie wynik jednego testu wykonanego w łazience.

Nawet jeśli określimy porowatość poprawnie, nie zmienia to faktu, że włosy zmieniają się w czasie. To, co działa zimą, może przestać działać latem. To, co sprawdzało się przed zmianą hormonalną, może wymagać modyfikacji po ciąży, menopausie, wdrożeniu kuracji medycznej. Porowatość włosów u nasady może różnić się od porowatości na końcach. W jednym paśmie można znaleźć włosy o różnym stopniu uszkodzenia, zwłaszcza jeśli rosną od lat i przeszły różne etapy pielęgnacji. Pojedyncza kategoria – niska, średnia, wysoka – jest zbyt prosta, by oddać tę zmienność. To próba uproszczenia czegoś, co z natury jest złożone.

Największym problemem związanym z kultem porowatości jest redukcja pielęgnacji do ścisłych schematów. "Niska porowatość – lekkie produkty, bez olejków, bez proteinów". "Wysoka porowatość – gęste maski, oleje, silikony". Te schematy działają jako punkt wyjścia, ale przestają być użyteczne, gdy stają się dogmatem. Włosy o niskiej porowatości mogą być suche i korzystać z olejowania, o ile stosuje się odpowiednie techniki i składniki. Włosy o wysokiej porowatości mogą źle reagować na ciężkie masła i preferować lekkie humektanty. Wszystko zależy od kontekstu. Problem nie leży w porowatości, ale w nadmiernym uproszczeniu, które sprawia, że przestajemy słuchać własnych włosów.

Znacznie ważniejsze od teoretycznego określenia porowatości jest zrozumienie, czego włosom faktycznie brakuje. Czy problem leży w braku nawilżenia – czyli wody wewnątrz włókna? Wtedy potrzebne są humektanty: glicerol, kwas hialuronowy, aloes. Czy problem leży w braku emolientów – czyli miękkości i gładkości powierzchni? Wtedy sprawdzą się oleje, masła, lekkie silikony. Czy problem leży w braku białka – czyli osłabieniu struktury i elastyczności? Wtedy potrzebne będą hydrolizowane proteiny: keratyna, jedwab, ryż. Zadawanie sobie tych pytań przynosi lepsze rezultaty niż próba dopasowania się do z góry określonej kategorii. To proste, ale wymaga uwagi, obserwacji i odrobiny cierpliwości.

Kolejnym błędem jest założenie, że określenie porowatości rozwiązuje wszystkie problemy z włosami. W rzeczywistości to rzadko główna przyczyna. Włosy mogą być suche, łamliwe, matowe, puszące się, trudne do stylizacji z wielu powodów: niedobór białka w diecie, nadmiar stresu, nieodpowiednia pielęgnacja skóry głowy, zbyt częste mycie lub zbyt rzadkie, stosowanie zbyt wysokich temperatur, chemiczne uszkodzenia, problemy hormonalne. Porowatość to efekt uboczny tych procesów – nie przyczyna. Skupienie się wyłącznie na niej odwraca uwagę od rzeczywistych źródeł problemu. Zamiast poprawiać kondycję włosów, krążymy wokół produktów, testując coraz to nowe linie „do niskiej" lub „do wysokiej", podczas gdy rozwiązanie może leżeć gdzieś zupełnie indziej.

Warto też pamiętać, że marketing kosmetyczny chętnie wykorzystuje pojęcie porowatości jako narzędzie segmentacji. To wygodna kategoria: tworzy wrażenie precyzji, personalizacji, profesjonalizmu. Klienci czują, że dokonują "świadomego wyboru", a marki mogą mnożyć linie produktów, nie zmieniając zasadniczo ich składu. W rzeczywistości wiele kosmetyków różni się jedynie marketingowym przekazem, a ich działanie jest uniwersalne lub oparte na całkowicie innych mechanizmach niż porowatość. Dobrze sformułowany produkt – dobrze zbilansowany w nawilżenie, białko i emollienty – sprawdzi się w większości przypadków, niezależnie od tego, czy na opakowaniu widnieje etykieta "niska" czy "wysoka". Problem pojawia się, gdy zaczynamy wierzyć, że tylko produkty z odpowiednią kategorią będą działać – i przestajemy szukać naprawdę skutecznych rozwiązań.

Zamiast dążyć do kategoryzacji, sensowniejsze jest budowanie elastycznej, przemyślanej rutyny opartej na obserwacji. Jeśli włosy po myciu szybko tracą świeżość, ale jednocześnie nie przyjmują stylizacji – możliwe, że brakuje im lekkości i potrzebują detoksu skóry głowy, a nie ciężkich odżywek. Jeśli włosy są matowe, ale jednocześnie trudno je nawilżyć – możliwe, że są przeciążone produktami i wymagają resetu. Jeśli końce są suche, a włosy u nasady przetłuszczają się – możliwe, że potrzebują lokalnego wsparcia: serum na długości, lekkiego szamponu na skórę głowy. To proste pytania, ale odpowiadają na prawdziwe potrzeby włosów – a nie na teoretyczną przynależność do abstrakcyjnej kategorii.

Porowatość ma sens jako narzędzie pomocnicze – nie jako fundament całej pielęgnacji. Jeśli po testach domowych, lekturze artykułów, oglądaniu tutoriali czujesz, że jesteś w punkcie wyjścia, a włosy nadal nie wyglądają tak, jak powinny – możliwe, że problem nie leży w tym, że źle określiłaś porowatość. Możliwe, że problem leży w tym, że próbujesz znaleźć jedno uniwersalne rozwiązanie tam, gdzie potrzebne jest kilka drobnych zmian: modyfikacja temperatury wody, zmiana sposobu suszenia, redukcja produktów stylizujących, zastosowanie maski raz w tygodniu, a nie codziennie. To detale tworzą różnicę. Nie kategorie.

Ostatecznie pielęgnacja włosów nie powinna być teoretycznym projektem. To nie akademicka klasyfikacja, gdzie liczy się precyzja terminów i poprawność przyporządkowania. To proces praktyczny, empiryczny, osobisty. Włosy są żywą materią, która reaguje na otoczenie, styl życia, emocje, dietę, nawyki. Porowatość to jeden z wielu aspektów tej złożoności – nie klucz do wszystkiego. Jeśli przez próbę dostosowania się do schematu tracisz intuicję i kontakt z własnymi włosami, prawdopodobnie idziesz w złą stronę. Zamiast tego – obserwuj, testuj, modyfikuj. Zaufaj temu, co działa, a nie temu, co powinno działać według diagramu znalezionego w internecie.

Nie ma jednego idealnego produktu dla niskiej porowatości. Nie ma jednego cudownego rozwiązania dla wysokiej. Są za to produkty dobrze sformułowane, oparte na skutecznych składnikach, świadomie dobrane do aktualnych potrzeb włosów – i to wystarczy. Zamiast kategoryzować, lepiej pytać: czego brakuje? Co można poprawić? Co sprawia, że włosy wyglądają lepiej lub gorzej? Odpowiedzi na te pytania są bardziej wartościowe niż przypisanie się do jakiejkolwiek kategorii. Bo włosy nie potrzebują etykiet. Potrzebują uwagi, konsekwencji i produktów, które faktycznie działają.

Powrót do blogu